Bloog Wirtualna Polska
Są 921 294 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rozdział X

niedziela, 06 marca 2011 20:06


    STIMULUS

   Po pokoju rozległo się donośne walenie do drzwi.
    - Czego?! – warknęłam, brutalnie wybudzona z miłego, spokojnego snu o owcach przeskakujących płot. W chwili skoku ktoś rozstrzeliwał je z shotgun’a. Podejrzewam, że to był Auman; to on wydziergał sobie charakterystyczne serduszko na rękojeści.
    - Psiego! – odpowiedział znienawidzony głos równie znienawidzonego Gundersona. – Wstawaj, jedenasta godzina!
    - Gówno prawda.
    - Wstawaj, bo rozpierdolę drzwi.
    - To je będziesz potem wstawiać z powrotem.
    Zapadła błoga cisza.
    Na chwilę.
    - Ang, ja już nie mam do ciebie cierpliwości.
    - To se pożycz. Albo zainwestuj w nowy mózg.
    - Co się tam dzieje?
    No nie. Starszy. Naciągnęłam koc na głowę i przykryłam poduszką. Joachim tymczasem odwołał Marten’a i (tym razem) delikatnie zapukał.
    - Miło, że ktoś jeszcze pamięta, jak się kulturalnie puka! – zawołałam przytłumionym przez jaśka głosem.
    - Ang, co z tobą? Źle się czujesz po wczorajszym? – zapytał.
    - Chyba po dzisiejszym. Wróciliśmy dobrze po czwartej. Z przystankami.
    - Aaa, to rozumiem. Ale nie wnikam. To twoja wątroba.
    - Dzięki!
    - Ostrzegałem, że będę liberalnym i wyrozumiałym tatą.
    - A czy ja coś mówię?
    - Dlatego pytam.
    - O co? Ojcowska troskliwość jednak się włączyła?
    Znowu zapadła cisza. Ups, zahaczyłam nie en temat, to potrzeba. Zwlokłam się z wyra i otworzyłam drzwi.
    Joachim stał z założonymi rękami, patrząc na mnie nieprzeniknionym wzrokiem.
    - Sorry – powiedziałam, unosząc palec wskazujący do góry.
    - A co to miało być? Młodzieńcza demonstracja? Wiesz, że bez makijażu nie wychodzi ci to tak przekonująco?
- Ja nie mogę! Własny ojciec!
    - W teorii – wyszczerzył się zuchwale.
    - Ja ci dam teorię! – wrzasnęłam na cały korytarz. – Przestań sobie robić jaja ze swojej jedynej córki! Bo innej już mieć nie będziesz!
    - A skąd wiesz? – spytał, wciąż rozbawiony jak nigdy.
    W tym momencie skojarzyła mi się zakochana Boaz, więc postanowiłam się wycofać.
    - Idę stąd. Śmiej się sam – oznajmiłam, wracając do pokoju.
    - Sekunda – przytrzymał bezczelnie drzwi.
    - Co?
    - Proszę.
    - Że jak?
    - Proszę. Mówi się proszę.
    - Zamierzasz mnie uczyć podstaw kulturalnego zachowania w ł a ś n i e  t e r a z?
    - W niczym by ci to nie zaszkodziło, ale nie. Ogarnij się i zejdź do mnie na dół. Chyba już się rozbudziłaś co? – dodał z diabelskim błyskiem w oku.
    - Taa, jasne, cwaniaku – weszłam z powrotem do pokoju, kiedy mnie oświeciło. Wystawiłam głowę za drzwi i krzyknęłam do odchodzącej postaci: - Ej! Zrobiłeś to specjalnie!
    Ojciec wzruszył ramionami i, nie odwracając się, odparł:
- Kwestia nazewnictwa.
- Menda – zamknęłam drzwi i poszłam się ubrać, umalować i w ogóle jakoś ogarnąć. Po czymś takim już nie zdołałabym zasnąć. Nie jestem Auman’em.



Po piętnastu minutach zamknęłam pokój na wszystkie spusty (co ma mi Gunder rewizję robić?) i zeszłam na dół, kierując się do gabinetu ojca. Przechodząc obok dyżurki snajperów usłyszałam… c o ś. Chrobotanie? Mlaskanie? Piski? Co, do Diabła…?
    Zaintrygowana złapałam za klamkę i zajrzałam do środka. Kiedy jednak zobaczyłam, c o urzęduje w środku, błyskawicznie zamknęłam drzwi i podeszłam do barierki. Wychyliłam się jak tylko mogłam:
    - AUMAN!!
    - Czego? – rozległ się tuż za mną charakterystyczny głos. Wystraszona (no, może trochę. Wiecie, to była chwila, impuls, instynkt samozachowawczy) puściłam barierkę i  odwracając się wymierzyłam Auman’owi policzek na odlew. Czy raczej pięść, biorąc pod uwagę zaciśniętą dłoń.
    - Auaa! Karamba kurwa mać! Za co tym razem? – jęczał, rozcierając gębę.
    - Za fakt istnienia. Nie strasz mnie, cioto! Kto siedzi teraz w dyżurce?
    - Nie wiem. Sprawdź, jeśli cię to tylko ciekawi.
- Sprawdziłam. Nikt.
    - To mamy kogoś o takim nazwisku?
    - Kurwa, nikogo tam nie ma!
    - Aaa! Było tak od razu! Od razu mówię, że to niemożliwe.
    - Skąd wiesz? Byłeś?
    - Nie, ale…
    - To se kurna sam sprawdź.
    - A żebyś wiedziała, że sprawdzę – odparł wyzywająco, podnosząc karabin i idąc do drzwi.
    - Proszę bardzo.
    Tuż przed drzwiami odwrócił się i spojrzał na mnie podejrzliwie, po czym uchylił je ostrożnie i zajrzał do środka.
    - O kurwa! – podskoczył i natychmiast zamknął dyżurkę.
    Obejrzał się i, ocierając pot z czoła, spytał:
    - Co to jest, do Diabła?
    - Szczury. A przynajmniej kiedyś nimi były. Podejrzewam, że to efekty kolejnych eksperymentów naszego samozwańczego doktora Moreau. Pewnie wentylacją przylazły – w tym momencie przeszył mnie zimny dreszcz. Ile to razy łaziłam kanałami bez broni?
    - A to sukinsyn – powiedział Auman, pocierając w zamyśleniu podbródek. – Będę musiał to zgłosić Gundersonowi.
    - To zrób to teraz. Muszę iść – na widok uniesionych brwi strażnika dodałam: - Wielki Brat wzywa.
    Pokiwał wyrozumiale głową i odszedł na poszukiwania wielkiego Moby Dick’a.



    Dotarłszy na miejsce z rozmachem otworzyłam gabinet i wparowałam do środka.
    - Się puka – oznajmił ojciec, odwrócony tyłem i grzebiący w szafie.
    - Starczy już na dziś tych lekcji – przyciągnęłam sobie krzesła; na jednym siadłam, na drugim podparłam nogi.
    - Wystarczy – zgodził się ze mną.
    - Co więc chciałeś?
    Odwrócił się w końcu i spojrzał na mnie, unosząc znacząco brwi.
    - Stało się coś?
    - Niee, tylko Muller znowu bawił się w Boga.
    Joachim westchnął męczeńsko i usiadł za biurkiem.
    - Dlaczego mnie to nie dziwi? W sumie, po to tu jest. Mimo wszystko… co tym razem zmodyfikował i uciekło? Pewnie znowu ślimaki.
    - Nie. Chyba szczury. Alb coś im podobnego.
    Westchnął i potarł czoło.
    - Zajmiesz się tym?
    - A czemu ja? To robota szczurołapa Gunder’a – oburzyłam się.
    - Gunderson jest dzisiaj… zajęty.
    - A co? Poszedł po pierścionek czy dać na zapowiedzi?
    Joachim zastygł momentalnie i spojrzał na mnie uważniej.
    - Kto ci wygadał?
    Przestałam się kiwać na krześle.
    - Bez jaj.
    - A co? Przez te wszystkie morderstwa zapomniałaś już, że jesteśmy tylko ludźmi? – on mnie przeraża.
    - Bez jaj – powtórzyłam. Nagle przypomniał mi się rysunek Boaz i momentalnie się zaczerwieniłam.
    Oczywiście, nie uszło to uwadze ojca.
    - Co, zazdrosna? – zagadnął.
    - Weź. Coś mi się przypomniało. Nie na temat – dodałam szybko.
    Pokiwał głową ze zrozumieniem.
    - Tak myślałem.
    Krew odeszła mi z twarzy i wróciłam do normalnego wyglądu.  Zmiana koloru również nie pozostała niezauważona.
    - Już dawno zauważyłem, że ty i Auman jesteście ze sobą… hm… blisko.
    Zakrztusiłam się.
    - Że jak?!
    - Nie? No, to może ten nowy? Hm? – podarł łokieć pod brodę i patrzył na mnie z wyraźnym rozbawieniem.
    - Przestań sobie ze mnie robić jaja.
    - Nie śmiałbym, córeczko.
    - Dobra, dobra – zmieniłam temat. – Po co mnie obudziłeś?
    - W przypadku szczurów - nieważne. Zajmij się nimi.
    Kiedy zrezygnowana wstawałam do wyjścia, dodał, wskazując na mnie palcem:
    - To jest rozkaz.
    - Jasne. Marzyłam o robocie szczurołapa – odparłam, zbliżając się do drzwi.
    - A, i jeszcze jedno. Nie mów Boaz o sama-wiesz-czym – pogroził mi palcem.
    Boaz. Rysunek. Wygląda na to, że miałam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
    - Dobrze, tato.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,328856125,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Rozdział 9

środa, 06 października 2010 22:05

W końcu. Ostatnie do reaktywowania opowiadanie. Tak jak Wam obiecałam, poniżej przedstawiona jest cała akcja w Luwrze. Krótka, nie krótka, zależało to od pisania na szybko. Pisane przy DeathstarsDeath Dies Hard.

 

 

 

Louvre

 

 

- No to się zaczyna – pomyślałam, zakładając maskę przeciwgazową. Auman pokrótce wyjaśnił mi plan Gundera. Bez jego ulubionego gazowania wszystkich naokoło po prostu nie da się żadnej, ale to ŻADNEJ akcji przeprowadzić. Schorzenie zawodowe. Znaczy, przepraszam, w jego przypadku lepiej pasuje słowo zboczenie..

- Angelina! – no masz. Stanie w jednym miejscu o sekundę dłużej niż wypada od razu zwraca na ciebie jego uwagę. Ojciec dyrektor.

- Słucham.

- Nie słuchaj, tylko działaj! Ty, nowy i Auman idziecie zagazować tych z galerii pod szklanym dachem.

- Którym? – no proszę, Świeżak i od razu zaczyna się podlizywać. Ah, jaki to on spostrzegawczy. Jak tak dalej pójdzie, podczas ofensywy inteligenta trafi szlag.

            - Teoretycznie rzecz biorąc ten, pod którym są jeszcze żywe istoty – mruknęłam.

            - Nie rób się taka dowcipna, tylko bierz się do roboty. I zostaw młodego w spokoju, nie musisz nam odstraszać ludzi do ekipy z całego kraju – Marten wziął dupę w troki i zszedł z dwójką, hm, ochroniarzy na dół.

            - Nie rób się taki czuły na młodych chłopców, bo niedługo Boaz całkiem się zapomni.

            - Że co? – Auman odwrócił się i spojrzał na mnie uważnie.

            - Ni-co. Rób, co masz robić. I patrz pod nogi.

            - Patrzę, patrzę – odparł przełażąc nad nieruchomym ciałem kolejnego muzealnego ciecia.

            - Chciałbym się tylko upewnić, czy dobrze usłyszałem… - zaczął Świeżak.

            - Ty się młody nie odzywaj. I trzymaj ten karabin prosto – zbeształ Away’a dowódca naszej skromnej elity.

            - Aumna, ty wiesz tak w ogóle czy dobrze idziesz?

            - A co, masz co do tego jakieś wątpliwości?

            - Wyobraź sobie, że mam.

            - Wszelkie zażalenia prosimy zgłaszać do naszego działu kadrowego.

- Spójrz lepiej tam, idioto – wskazałam na niedawno miniony lewy korytarz. Auman, kręcąc pobłażliwie (już niedługo!) głową poszedł tam i skonstatował, że cały czas prowadził nas źle. Po nadrobieniu strat dystansowych okazało się, że nie można na nas liczyć i w ogóle dajemy zły przykład dzieciakowi (że niby Ja i Auman? Dzieciakowi? Halo, Marten! On jest w Moim wieku i raczej nie potrzebuje wodzenia za rączkę!), a gaz oczywiście musiał wypuścić on (o matko, jak to brzmi…). I bolą go łapska, bo zatyczka utkwiła. Dobra, tego ostatniego nie było. Wiecie, że Gunder mnie wkurwia i tyle.

            - I co teraz? – zaprawdę, jak tak dalej pójdzie, Świeżak długo u nas nie pobędzie. Nadaktywność też nie jest w cenie. Łatwiej cię zapamiętać.

            - Zamiana miejscami, młody. Idziesz z Mauserem i Drakiem, a ja pójdę sprawdzić wąską galerię z tymi – spojrzał krzywo na mnie i Aumana – tymi tam. Rozejść się.

            - Sam się rozejdź. Więcej miejsca będzie.

            - Angelina, czy ja ci przeszkadzam?!

            - Ohh, wręcz przeciwnie, wujku.

            - Co ta się tak uwzięłaś? Nie jestem żadnym pierdolonym wujkiem!

            - Szefie, ja naprawdę nie chcę się wtrącać, ale ktoś tu idzie, jeśli szef nie słyszy.

            - Broń w pogotowiu i brawa za czujność. No nie… A ty gdzie masz Max Vega?

            - Jak to gdzie? Wyjebałam to gówno.

            - CO ZROBIŁAŚ?!

            W tym samym czasie kroki zbliżające się do nas stały się głośniejsze. Gestem uciszyłam zwierzchnika i wpatrzyliśmy się w przestrzeń, z której wybiegła szczupła i wysoka kobieta, ubrana w krótkie szorty moro i obcisły podkoszulek. Cechą charakterystyczną, odróżniającą ją od innych podobnych kobiet łążących w nocy po prestiżowych muzeach były włosy splecione w długi warkocz.

            Ułamek sekundy wystarczył, by nas zauważyła. Auman, na znak dany przez Martena otworzył ogień.

Niestety.

            Spieprzyła im.

            Tak, im. Ja się do tego grona nie zaliczam. Nie zależy Mi na zabijaniu bab z pustymi kaburami na broń, co jawnie wskazuje na niegramotność danej osoby.

            - No, ale cycki to miała! – skończył opowiadać podekscytowanym kolegom przyciszonym głosem mój towarzysz.

            Oparta o twardą ścianę naszego wycieczkowego autokaru, otworzyłam opadające ze zmęczenia powieki:

            - Auman…

            - No Ang, proszę cię! Taka akcja się zdarzyła, a ty chcesz spać?! – wydarł się nieco za głośno Max.

            - Synek! – z kabiny kierowcy doleciał bardzo, ale to bardzo wkurwiony głos Gundersona, który na swoje biedne barki weźmie cały ciężar przegranej misji. Nie żebym mu współczuła.

– Jeszcze chwila, a wrócimy do Luwru i przyczepimy cię do kaloryfera! I więcej już nie chcę u was słyszeć ani słowa! Zrozumieli?

            Rozległ się powszechny pomruk zgody.

            - Wszyscy?

            Odgłos się powtórzył.

            - Angel?

            - Spierdalaj. Ja tu śpię - mruknęłam.

Na szczęście, nie dosłyszał.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6465234,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Rozdział 8 (bardzo krótki)

czwartek, 30 października 2008 14:13
 

„Start of Action"

 

 

                   Co za ciota, ja nie mogę. Nie przestanie się na mnie gapić? Dziewczyny nigdy nie widział?

            - Te, Ryan, weź się trochę posuń, co? - zwróciłam się do jednego z siedzących obok mnie najemników.

            - Co? Po co? - spytał przytomnie.

            - Się nogi nocą...

            - Co?

            - Nic. No zasłoń mnie.

            Ryn spojrzał się na przychlasta Stephena.

            - Aaaa, chodzi ci o nowego? Nie bój się, nic ci nie zrobi.

            - Nikogo się nie boję. Lepiej mi powiedz, czemu się tak na mnie gapi.

            - Zawsze musi zapamiętać twarz.

            - Po kiego?

            - Kolekcjonuje je.

            - Czyli morderca.

            - Nie.

            - To co?

            - Nic. Żartowałem.

            - Ale śmieszne - mruknęłam, przenosząc wzrok na widok za przednią szybą.

            - E, Ryan! Masz kanapkę? - zawołał inny najemnik.

            - Aha, ciekawie gdzie. W dupie chyba. Gdzie niby miałbym ją schować?

            - .... W magazynku?

            Nieee, ile to jeszcze będzie trwać? Nie wytrzymam z tymi przychlastami. Przymknęłam oczy i starałam się nie słuchać dalszej części tego zniewalającego dialogu.

 

Po 30 min

 

     - Dobra, wysiadka! - zawołał Gunderson wstając z fotelu pasażera. No wreszcie. Też się podniosłam i prędko wyskoczyłam  z ciężarówki. Rozejrzałam się. Byliśmy niedaleko Luwru. Po chwili wytoczyła się reszta.          

            - OK., plan jest taki... - zaczął monolog Marten, a ja oparłam się o pobliski budynek przymykając oczy. Monologi Gundersona to najlepszy moment na wypoczynek.

 

Po 15 min

 

     - Angelina, słyszałaś, co mówiłem? - spytał Gunder, gwałtownie potrząsając moje ramię. Otworzyłam oczy i nieprzytomnie wymruczałam:
            - Taak, pewnie.
            - Dobra, to idziemy - zwrócił się w stronę jednego budynku z częścią oddziału. Druga gdzieś się zmyła (nie wiem gdzie, bo spałam). Powłóczystym krokiem polazłam za nimi.

 

     Btw. Sorx, że tak krótko, ale coś... wena znikła ;] Nastepny chapter bd dłuższy, bd zawierał każdy szczegół akcji w Luwrze (na podst. TRAOD).

                                                        Ave

Gloomy Angel



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3859299,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Rozdział 7

piątek, 05 września 2008 17:24

„Penalty”  

            Krótko mówiąc, przez tego komunistycznego żółtka mam mega przejeb. No sorry, ale inaczej nie da się tego nazwać. Chociaż jest też bardzo dobra strona kary ^^

 Wszystko zaczęło się, kiedy poszłam do ojca oddać liny. Gunderson już tam z nim na mnie czekał.

  
   

            - Co masz mi do powiedzenia? – spytał najspokojniej w świecie tatuś. Taki ton był najgorszy. Sto razy wolałabym krzyk. Jeśli nie macie takich starych, nie zrozumiecie.

            Kątem oka dostrzegłam uśmiechającego się tryumfalnie Martena. Myślałam, że go zabiję. I pewnie bym to zrobiła, gdybym była z nim sam na sam. W końcu jedno morderstwo miałam już za sobą.

            - Więc? – spytał ponownie Karel. Był coraz bardziej zniecierpliwiony. Zacisnęłam wargi. Milczałam.

            - Dobrze więc. Za pół godziny zebranie Cabal, obmyślimy dla ciebie karę – oznajmił w końcu.

  
   

            Cabaliści zebrali się już w stałym pomieszczeniu, do którego jak zwykle nie miałam prawa wstępu. To nic. Dzięki swojej mocy mogę ich obserwować zza drzwi. Nigdy jeszcze tak nie robiłam, bo miałam gdzieś ich sprawy. Przy stole siedzieli już mój ojciec, Muller i Boaz. Pod ścianą stał żółtek. Po chwili wkroczył Eckhardt i, przechadzając się po pomieszczenie, zaczął gadkę:

            - Szacowni członkowie Cabal, godzina waszej nagrody jest coraz bliższa. Jak wiecie, jesteśmy w posiadaniu trzech Obrazów Obscura. Nasz kontakt, profesor von Croy, zlokalizował dla nas czwarty, w Paryżu. Kiedy go zdobędziemy, spotkamy się znów. Nastał czas, by obudzić Śpiącego... Miejmy nadzieję, że tym razem lepiej się nam powiedzie. Jesteśmy też bliżej piątego i ostatniego obrazu znajdującego się tu, w Pradze. Gunderson…

            Żółtek pokornie się zbliżył:

- Mistrzu Eckhardt...

- Wyślij swój oddział po czwarty obraz.

- Natychmiast – pokornie odpowiedział Marten.

  
   

No wreszcie koniec. Ale nic nie słyszałam o karze… Co jest? Ile mam tu jeszcze siedzieć?

 
   

Karel otworzył drzwi i spojrzał na mnie znacząco. Podniosłam się z podłogi.

- W ramach kary – zaczął - pojedziesz z oddziałem Gundersona do muzeum Luwru…

- Ale zajebiś… - zaczęłam zadowolona, ale natychmiast umilkłam i wyjąkałam: - No, ale…

- I oprócz tego posprzątasz części mieszkalne Sanitarium – dokończył ojciec

- Że  co???!!! Co ja jestem?! Woźna jakaś?????????!!!!!!!!!!!!!!!

- Bez dyskusji. – uciął krótko. – Zaczynasz jutro. A teraz idź po sprzęt.

  
   

Mrucząc niezbyt pochlebne rzeczy pod adresem ojca i żółtka, powlokłam się do pokoju. Przebrałam się w dżinsy z kaburą i czarny T-Shirt. Do kabury wsadziłam naładowany Desert Ranger, a do paska przyczepiłam pochwę (bez skojarzeń :P) ze sztyletem. Byłam gotowa.

Ktoś otworzył drzwi do mojego pokoju. Odwróciłam się i mruknęłam:

- Puka się, żółtku.

- Nie pyskuj. – ostrzegł Gunderson. – Jedziemy.

Niechętnie wyszłam przed budynek.

            - Z racji, że mamy tu paru nowych najemników – zaczął Marten do oddziału – przedstawiam wam córkę Joachima Karela, Angelinę. Stephen, nie gap się tak, jakbyś mnie po raz pierwszy widział.

            Spojrzałam na tego gościa. To ten nowy w moim wieku. Gdy tylko zauważył, że na niego patrzę, spuścił oczy i zaczerwienił się. Palant.

            - Dobra chłopcy, bierzcie maski i do auta. Ang, siedzisz obok Stephena.

            O nie, tym razem przesadził. Zabiję go za to. Naprawdę. 

   

            Sorry, że krótkie, ale wiecie… Nie mam weny za bardzo ;) Fota Stephena:



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3683470,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Rozdział ...

wtorek, 12 sierpnia 2008 10:49
„Znowu podpadŁAM” 

Myślałam, że się spawiam, jak to zobaczyłam. Przecież to jest jakaś porażka. Boaz nie może się kochać w moim ojcu! Nagle usłyszałam, jak ktoś gmera w zamku. Aaaaaa! To KRISTINA! Zabrałam rysunek z biurka, schowałam do kieszeni w biegu, pędem wskoczyłam do otwartego kanału wentylacyjnego i zamknęłam je kratą, chowając się. Uff, w ostatniej chwili. Boaz weszła i badawczo omiotła wzrokiem pomieszczenie.

- Hmmm, dziwne, Wydawało mi się, że słyszałam kroki…

Od kiedy ona jest taka błyskotliwa?  Ale dobra, nie miałam ochoty patrzeć na nią ani sekundy dłużej. Zaczęłam ostrożnie przesuwać się szybem do przodu, byle jak najdalej od tej zakochanej cioty. Czołgałam się tak gdzieś ze dwadzieścia minut, aż poczułam pod sobą trzask pękającego szybu. Chyba muszę schudnąć. Ledwo to pomyślałam, podłoże zawaliło się i spadłam. Nie wiem gdzie, bo wzbił się kurz. Pewnie do jakiegoś magazynu, bo był tam widać wielki syf, skoro wzniósł się taki obłok. Dopiero kiedy opadł, kapnęłam się, że jestem w gabinecie ojca. Ale ja mam farta. Na mój widok gwałtownie podniósł się zza biurka i zawołał:

- Angelina, na miłość boską! Co ty…

- Mam-prze-je-ba-ne – jęknęłam cicho do siebie przygnieciona odłamkami. Na moje nieszczęście to usłyszał – aż twarz mu poczerwieniała z gniewu. Nie lubi kiedy przeklinam. Wiać. Muszę wiać. Gwałtownie zaczęłam rzucać się po podłodze, strząsając przygniatające mnie kawałki. Joachim zaczął powoli iść w moją stronę. Z wrzaskiem się poderwałam i podskoczyłam do pozostałości szybu. Złapałam się tej części, z której przyszłam. Byle jak najdalej. Ale zanim zdążyłam się podciągnąć, Karel złapał mnie za nogi i zwalił na podłogę. Był niestety silniejszy (na razie… Zobaczymy za kilka lat). Leżąc na dole zauważyłam spoczywający obok mnie do góry nogami nieszczęsny rysunek mojego półnagiego ojca narysowany przez tę zboczoną… Nieważne. Zgarnęłam go szybkim ruchem ręki i schowałam do kieszeni spodni. Zamiast donosić ojcu, wolałam najpierw załatwić sprawę z samą Kristiną. Joachim stanął nade mną, kucnął i spojrzał mi w oczy. Gapił się tak dłuższą chwilę, a potem zapytał:

- Co ja mam z tobą zrobić?

- Zabij mnie. – odparłam. – To najprostrze rozwiązanie.

- Co robiłaś w szybie wentylacyjnym?

- Będę odpowiadać tylko w obecności mojego adwokata.

Karel westchnął ciężko i wypowiedział tylko jedno słowo:

- Liny.

Zaczęłam grzebać po kieszeniach.

- O kurwa że tak powiem mać – mruknęłam.

- Co?

- Chyba… mi wypadły.

- Natychmiast wyjdź na korytarz, przysuń sobie płyty, wejdź znowu do szybu i znajdź je.

Podniosłam się ciężko i wyszłam na korytarz. Wzięłam trzy kamienne płyty, ułożyłam jedną na drugą pod otworem i stanęłam na nich, opierając się dłońmi o ścianę. Teraz byłam już w stanie dosięgnąć. Chwyciłam zamknięcie. Liczyłam na swoją siłę. Najwyżej jak wyrwę kratę, tu Gunderson wstawi nową, a co. Chyba go na to stać.

 
  

Oho, o wilku mowa. Usłyszałam jego ciężkie kroki zbliżające się do korytarza, w którym urzędowałam.

 
  

Marten wylazł zza winkla i co zobaczył? Jego uczennicę usilnie walczącą z szybem wentylacyjnym.

- Angelina, co ty eeee… robisz?

- Odmawiam odpowiedzi, ty komunistyczny żółtku.

Nie spodobała mu się ta odpowiedź. Znowu muszę wiać. Wyłamałam kratę, wlazłam do środka i zwiałam,  zanim Marten dobiegł w miejsce, gdzie niedawno stałam. Przeczesując szyby, znalazłam w końcu te cholerne liny. Wzięłam je i zawróciłam, szukając innego wyjścia, aby uniknąć konfrontacji z Gundersonem.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3620563,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Draka

czwartek, 03 stycznia 2008 15:18

img85/8731/puiwp9lanj3.gif  Uwaga-od pewnego momentu urywa sie tekst, tuż przed rysunkiem. Żeby go zobaczyć, podkreśl.

-Zrób to, zrób tamto, idź tam, nie idź tam. Co on se kurde myśli? Nie jestem marionetką.-mruczałam, człapiąc w stronę gabinetu swojego ojca.

Kulturalnie zapukałam, otworzyłam drzwi, wetknęłam głowę do środka i szybko spytałam:

-Co chciałeś?

Karel siedział przy biurku i coś bazgrał. Nawet nie podniósł wzroku! Boshhh, co za ojciec :/

-Idź do Boaz.-mruknął.

-Nie ma jej.-odpowiedziałam z satysfakcją.

-To idź do jej pokoju i przynieś stamtąd nowe liny. Tamte się zerwały.

-Drzwi są zamknięte.

Nareszcie podniosł wzrok.

-No to co? Tyle razy włamywałaś się do Gundersona. Ma taki sam zamek jak Boaz. Stanowi to dla ciebie jakiś problem?

-Nie, ale…

-Ale?

-Skąd wiesz, że się włamywałam?-spojrzałam na ojca podejrzliwie.-Tylko proszę wciskania kitów w stylu To moja nowa moc, bo wiem, że nie ma takiej.

-Po prostu Marten zażyczył sobie kamerę w pokoju.

Uniosłam brew.

-Wiesz, że ma paranoję. A teraz idź, proszę.

Zamknęłam drzwi i poszłam w stronę gabinetu Kristiny. Stanęłam przed drzwiami i zastanawiałam się jak je otworzyć tak intensywnie, że nie zauważyłam Gundersona, który za mną stanął.

-Co robisz?-spytał podejrzliwie.

-Stoję, a co, nie widać?

-Nie. Ta twoja przyjaciółka do ciebie przyszła.

Rayne.

-Gdzie jest?

-Za twoim plecami.-powiedziała tym samym irytującym głosem.-Musimy pogadać.

Odeszłyśmy trochę dalej, żeby ten konfident Marten nie podsłuchał i nie doniósł ojcu.

-Co chcesz na swoje urodziny?-spytała Rayne.

-??????

-19 stycznia masz 17 urodziny. Zapomniałaś?

-…….

-No nie! Zapomniałaś!

-Rayne, wymyślisz coś, OK? Zobaczymy się później.

Blood poszla, a ja zobaczyłam, czy Gunderson już poszedł. Nie. Nadal stał i gapił się na drzwi od pokoju jego dziewczyny. Sporzałam do góry. Kanał wentylacyjny rozwiał wszelkie moje wątpliwości.

  

-Kurde, ale ma tu burdel.-mruknęłam pod nosem, krytycznie patrząc na pobojowisko.

-Gdzie są te liny?-wysłałam telepatyczną wiadomość do ojca. Po chwili otrzymałam odpowiedź.

-A sprawdzałaś w szafie? Albo pod łóżkiem? Poszukaj, nic ci się nie stanie.

-Akurat.

Po 15 min. szukania znalazłam. Były pod dywanem :0. Już miałam wychodzić, gdy coś, co leżało na biurku, zwróciło moją uwage.

-O kuźwa… Ale będzie draka…  

A na biurku leżał

 

img223/9140/karelregards7vl1cz3.jpg  



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2780910,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Mission

wtorek, 06 listopada 2007 18:05

-Później ci powiem. Idź do mojego gabinetu.-powiedział Pieter.

-Ale…

-Angelina!

-No dobra, dobra-mruknęłam zrezygnowana i poszłam do tego jego słynnego gabinetu. Siedziałam tam z pół godziny, zanim Eckhardt raczył przyjść.  Usiadł za biurkiem i zapytał:

-Chcesz wiedzieć, dlaczego przystąpiłaś do egzaminu?

-Bo jestem dobra?

-Między innymi. Ale głównie dlatego, że czeka cię misja.

-Misja?

-Tak. Żebyś mogła jej się podjąć, przystąpiłaś do egzaminu sprawnościowego. Zdałaś. Teraz spróbujesz swych sił z egzaminem z alchemii.

Pięknie. Drugi egzamin zdałam bez zarzutów. I oczywiście już wiem, co to za misja. Mam wcielić się w Monstrum i zabić Margot Carvier. Szybko, sprawnie i bez świadków. Świetnie.

Ciemna noc. Stałam przed apartamentem Margot Carvier, wyposażona w nóż, bo Karel zakazał Eckhardt’owi pożyczania mi rękawicy ;-/. Już chyba szybciej zrobię sobie krzywdę nożem niż rękawicą, nie? Ach, ten mój ojciec :-/. Szybko zlokalizowałam okno należące do mieszkania słynnej historyczki. Wspięłam się do niego po rynnie i ostrożnie zajrzałam do srodka. Carvier siedziała w salonie i czytała jakieś pornusy. No nie, trzeba ją jakoś wyciągnąć do innego pomieszczenia, bo inaczej cały plan pójdzie w łeb. Skorzystałam więc z jednej mocy Nephilim (choć wiedziałam, że dostane za to od Karela niezły ochrzan)-siłą woli zwaliłam w kuchni butelkę wina. Kurde, stara babka nie dość, że zboczona, to jeszcze pijaczka :-0.

-Mam nadzeję, że nie jest lesbą.-szepnęłam do siebie.

Cicho otworzyłam okno i weszłam do mieszania. Słyszałam, jak Margot ściera wino z podłogi. Wyjęłam nóż i schowałam za plecami. Stanęłam naprzeciwko pani Carvier. Ta spojrzała zdumiona na mnie, a następnie… błyskawicznie podniosła się i pobiegla zadzwonić po policję. Nie zdążyła. Krew polala całe mieszkanie, nie omijając mnie. Ale przynajmniej trafiłam prosto w plery :-D. Efekt zajebisty :-D. Ale teraz czekała mnie najmniej przyjemna częśc zadania. Ponieważ nie chciałam grzebać w wnętrznościach mrs. Carvier zebrałam z siebie trochę jej krwi i nabazgrałam na ścianie to, co zostawia po sobie Monstrum. Nagle usłyszałam z oddali syreny policyjne. BABA ZDĄŻYLA WYSŁAĆ SYGNAL ALARMOWY DO POLICJI, ZANIM JĄ TRAFIŁAM!!!!!!!! Chętnie poczekałabym na gliniarzy, ale jak ma być bez świadkow, to bez świadków. Wyszłam więc tą samą drogą, co wróciłam.

-I jak było?-spytał Pieter.

-Co jak było?-udałam, że nie wiem, o co mu biega.

-No, zabiłaś ją czy nie?

-Jasne. Przecież mnie znasz-nie wróciłabym, jeśli bym tegio nie zrobila.

-Karel i ja jesteśmy z Ciebie dumni.

Zatkało mnie.

-Jak to?

-Takto. Idź z nim pogadać.

Od Autorki:Sorry, że takie krótkie, ale naprawdę nie miałam pomysłu, co napisać dalej. Za kilka dni dalszy ciąg!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2579810,trackback

komentarze (20) | dodaj komentarz

Egzamin

czwartek, 30 sierpnia 2007 11:53

Razem z Boaz szłyśmy drogą powrotną. Nie odzywałam się, bo nadal byłam podejrzliwa i myślałam, czy Kristina naprawdę… no,  wiecie, o co mi chodzi. Sprawa była poważna, bo gdyby ona naprawdę była sami-wiecie-jaka, to Gunderson by ją zabił. Jak to dlaczego? To jego dziewczyna! Boaz chyba coś zauważyła, bo spytała:

-Angelina? Co ci jest?

-Nic-warknęłam, dając jej do zrozumienia, że nie chcę z nią gadać. Gdy wyszłyśmy z Sanitarium, opuściłam Kristinę i poszłam do swojego pokoju, gdzie ległam na łóżko i znowu zaczęłam rozmyślać o Boaz.

 Po jakichś 15 minutach zajrzał do mnie Marten.

-Chodź na egzamin-powiedział.

Zamurowało mnie. Ale nie ze złości, tylko…

-Naprawdę jestem już tak dobra, że mogę go zdać?-spytałam.

-To się okaże. Chodź.

Wyszłam z pokoju zamykając go na klucz  i pobiegłam za Gundersonem. Wyjął z kieszeni jakąś kartkę i powiedział:

-To mapa trasy, którą masz przebyć. Powodzenia-powiedział i wskazał jakieś drzwi. Weszłam i zobaczyłam istną dżunglę.

-Super-mruknęłam pod nosem, schowałam mapę (która nie była potrzebna) i zaczęłam iść jedyną możliwą drogą.

Po chwili zauważyłam jakąś chatę. Z ciekawości do niej weszłam i zauważyłam w środku rozpadlinę.

-Extra. Ciekawe, jak mam to przejść.

Po chwili rozglądania zauważyłam jednak przyczepione do ściany drążki, którymi przedostałam się na drugą stronę.

Wyszłam z drugiej strony chaty-tu było już bardziej zielono. Zauważyłam wnekę w ścianie, która sugerowała dalszą drogę. Kucnęłam więc i wczołgałam się tam.

Gdy wyszłam po z drugiej strony, zobaczyłam wielką salę wypełnioną wodą. Co miałam zrobić? Wskoczyłam do wody.

Pływając „underwater”, znalazłam przejściu, którym przedostałam się do kolejnej Sali. Wyszłam z wody i rozejrzałam się. Dalej mogłam pójść już tylko górą. Złapałam się więc jakieś wyrwy i zaczęłam po niej przesuwać.

W końcu doszłam do miejsca, gdzie mogłam się podciągnąć.

-No nie!!!!!  Kolejna wspinaczka?! Ale przecież nie będę się wracać…

Złapałam się więc sklepienia i ruszyłam na druga stronę.

Weszłam do kolejnego pomieszczenia. Ha! Opłaciło się! Zaraz stąd wyjdę! Pewna ruszyłam do drzwi.

-No nie! Gunderson, zabiję cię!!-oczywiście były zamknięte. Spojrzałam do góry. Szybko się wspięłam i wskoczyłam na linę. Rozbujałam się i zeskoczyłam na platformę.

-Dźwignia. Na pewno otwiera drzwi-pomyślałam i popchnęłam ją.

YES! Sprawdzian zakończony!!!

Wyszłam z dżungli i zaczęłam szukać Gundersona, żeby dowiedzieć się, jak mi poszło. I przypadkiem podsłuchałam rozmowę.

-Prawidłowo zaliczyła egzamin sprawnościowy . Jeszcze master Eckhardt ją poduczy i master Karel może ją wysłać.-mówił Marten.

-W porządku. Znajdź ją. Jeszcze dziś trzeba ją nauczyć, Von Croy dał Croft wizytówkę Carvier,. Ona musi być następna-powiedział mój ojciec.

Następna w czym?

-Dlaczego wy tego nie zrobicie?! Ona ma tylko 16 lat! To jeszcze…

-Tylko nie dziecko, Boaz! Nie dziecko-wrzasnęłam ujawniając się.-Gdzie chcecie mnie wysłać?!

-Później ci powiem. Idź do mojego gabinetu-powiedział Pieter.

-Ale…

-Angelina!

-Dobra, dobra.-mruknęłam zrezygnowana.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2350064,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Liny dla Sleeper'a i dziwne zachowanie Boaz

wtorek, 21 sierpnia 2007 12:46

-Angelina!!! Jak chcesz godnie nosić swoje nazwisko to naucz się utrzymywać równowagę!

Nieźle wkurzona zeskoczyłam z drążka, na którym stałam. Ot, kolejna przyjemna lekcja z Gundersonem.

-Nie rozkazuj mi!!!!!

-Bo co? I tak mnie nie wyleją.

Wyszłam z Sali Ćwiczeń trzaskając drzwiami. Zaczęłam iść korytarzem mrucząc pod nosem:

-Pieprzony Gunderson, pępek świata…

-Czym tym razem wkurzyłaś Martena, co, Ang?

Z drzwi prowadzących do ogrodu wyszedł Muller.

-Staniem na drążku. On kurde myśli, że za pierwszym razem zdołam utrzymać równowagę.

-Pogadaj z Eckhradt’em,

-Jak mój własny ojciec nic nie zrobił, to Pieter tym bardziej.-powiedziałam i poszłam w kierunku areny, w której będzie wisiał ten głupi Sleeper. Podeszłam do pudła, w którym leżał, i otworzyłam je.

-Łeee-zatkałam nos i zamknęłam z powrotem wieko-Nie dość, że dupek, to jeszcze śmierdzi-jęknęłam. I wtedy usłyszałam głosy Karela i Eckhardt’a.

-Więc Von Croy chciał wysłać Croft po obrazy?

-Tak, nie dziwię się, taki staruch by tego nie zrobił.

Głosy brzmiały coraz bliżej, więc schowałam się za tym śmierdzącym pudłem. Karel i Pieter wyszli zza filara.

-I teraz policja ściga ją za niby zabójstwo-dokończył Joachim.

-Ale nie widziała, że go zabiłeś.

-Nie. Angelina, wyjdź zza pudła.

Wstałam ze zirytowaną miną. Pieter spojrzał na zegarek.

-Karel, twoja córka znowu nawiała od Martena…

-… I nie ma zamiaru tam wracać-dokończyłam.

-W takim razie leć po Boaz-odparł mój ojciec.

-Czemu ja? Ona jest gdzieś w Sanitarium-jęknęłam.

-Acha, czyli chcesz wrócić na lekcję?

-Dobra, już idę-mruknęłam zrezygnowana, idąc do wyjścia.-A po co mam po nią iść?-spytałam przed wyjściem.

-Ma przynieść liny dla Sleepera.

-No dobra.

Wyszłam z areny i zaczęłam szukać klapy, którą szybko można było dostać się o Boaz.

-Ou shit… MULLER!!!!!!!!!

-Co?

-Te twoje rąbnięte ślimaki znowu ci nawiały!!! Łap je teraz, bo polezą za mną do Sanitarium!

Poszłam dalej, nie patrząc, jak Grant bezskutecznie próbuje złapać te swoje robaki. O, klapa. Świetnie. Otworzyłam ją i wskoczyłam do ścieków. Idąc przez ścieki myślałam, jak pozbyć się swojego braciszka. Doszłam jednak do wniosku, że jeśli się go pozbędę, to JA zawisnę na linach, które mam przynieść.

-Ou shit!-jęknęłam po chwili, patrząc na swoją nogę. Kolejny rąbnięty szczur. Strząsnęłam go siebie i kopnęłam do wody.

Kilkanaście minut później

Spojrzałam do góry. Druga klapa, przez którą mam wyjść. Więc podskoczyłam, złapałam się jej i wykopałam ją,  jednocześnie wyskakując ze ścieków. Znalazłam się w punkcie obserwacyjnym na Prota. Dwójka strażników, która się tam znajdowała, na odgłos wykopywania od razu wycelowali we mnie tymi swoimi pistolecikami. Jednak, gdy zobaczyli do kogo celują, opuścili broń.

-Gdzie Boaz?-spytałam.

Wskazali na pomieszczenie za szybą. Kristina sprawdzała czy „buda” Protka jest odpowiednio zablokowana.

-Hejka Kristina-rzuciłam, podchodząc do niej.-Co, boisz się, że Protuś zwieje?

 

-Przestań Ang-odpowiedziała zdenerwowana Boaz.-Mów lepiej, czego chcesz.

-Chcą, żebyś im przyniosła liny dla Sleeper’a.

-Powiedz Eckhardt’owi, że…

-Ale to nie powiedział on, tylko mój ojciec…

-Karel?-Boaz nagle się ożywiła.

-Innego ojca nie mam-powiedziałam z kpiną.

-A,  to już idę. Ej, wy dwaj-rzuciła do strażników-pilnujcie, żeby Proto nie zwiał.

Sama natomiast wzięła liny i tak szybko szła, że zaczęłam nabierać dziwnych podejrzeń…

-A czemu ty się tak spieszysz?

-Bo twój ojciec tu rządzi, nie?

Ten argument jednak mnie nie przekonał. A jeśli ona się w nim buja? Nie, Ang, nie!!!! Wypluj to! To niemożliwe….



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2291800,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Moja historia & znajomi

poniedziałek, 20 sierpnia 2007 12:39

Nazywam się Angelina Darkness. Pewnie myślicie, że to, co tu będę pisać, będzie nudne i monotonne, jak pamiętniki zwykłych nastolatek. Mój pamiętnik taki nie będzie. Weźcie na przykład mnie-córkę Angel of Darkness, która nie została jak ona zabita przez jej wrogów. Ale może zaczniemy od początku, co?

 

A więc urodziłam się 19 stycznia 1987 roku i obecnie mam 16 lat. Moją matką jest Angel of Darkness, a ojcem Joachim Karel. A tak przy okazji, wiecie, jak rodzą się demony z mojego pokolenia? Nie? Wiec-niektóre się rodzą jak ludzie, a inne mając albo TYLKO matkę, albo TYLKO ojca (jak Nephilim). Jak ja się urodziłam? Nawet nie pytajcie, bo nie mam zielonego pojęcia. Ale… mogę Wam opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło… Ale najpierw przedstawię Wam moich przyjaciół/wrogów.

  Angelina Darkness Karel/Gloomy Angel

Tak wyglądałam jeszcze całkiem niedawno. Teraz ubieram się na czarno. Większość zwraca się do mnie Ang bądź Angie.

 Angel of Darkness

Moja mama, władczyni demonów, która już nie żyje.

 Joachim Karel

Mój ojciec, Nephilim. Dowodzi Cabal.

 

  Sleeper

Mój przybrany brat Nephilim (wiele bym dała, żeby nie żył, choć wiem, że Karel o stokroć woli mnie :-)) Wisi se na linach w laboratorium-no i kto tu ma lepiej?;-D

 Pieter van Eckhardt

Drugie Monstrum, które obecnie zabija w Paryżu i Pradze. Mój nauczyciel.

 BloodRayne

Moja najlepsza przyjaciółka. Dhampirzyca. Starsza ode mnie o parę lat.

  Marten Gunderson

Pomocnik Pieter'a. Uczył mnie sztuk walki. Dowodzi strażnikami. Nie cierpię go z wzajemnością i wiele razy błagałam ojca, by go wylał, ale on twierdzi, że jest zbyt cenny:-/ Sra ta ta ta:-/

 Kristina Boaz

Zajmuje się Proto-Nephilim w Sanitarium (miejsce, gdzie zmieniamy ludzi w mutanty).

Moj pupilek ;D

 Grant Muller

Nazywam go ogrodnikiem, bo zajmuje się naszymi groźnymi roślinkami.

 Strażnicy

Chronią nas i wyruszają na misje pod kierownictwem Gundersona.

A teraz historia:

A więc urodziłam się w Resident Evil, krainie demonów. Tam też poznałam swoją najlepszą przyjaciółkę, Blood Rayne, która uczyniła ze mnie Dhampira i dziś mieszka blisko mnie. Moja matka, jako władczyni demonów, miała wielu sprzymierzeńców, ale również wrogów, którzy chcieli ją zabić. A kiedy dowiedzieli się, że narodziła się Gloomy Angel (ja), zagrożenie wzrosło; wzięli mnie na celownik. Na czas niebezpieczeństwa oddała mnie pod opiekę ojcu, który miał kryjówkę w Strahov’ie. Tymczasowe, dopóki niebezpieczeństwo zmaleje. Okazało się jednak, że stało się zupełnie odwrotnie… Zabili moją matkę.

 

Tyle pamiętam ze wczesnego dzieciństwa. Gdy skończyłam 11 lat, zaczęli mnie szkolić na zabójcę. Wszystko do dziś umiem i do dziś mieszkam w kryjówce Cabal (organizacja chcąca powołać do życia Nephilim). Ogólnie jest mi tu dobrze. Czekajcie na następny wpis, wkrótce zaczną się dziac bardzo ciekawe rzeczy…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2286902,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 28 stycznia 2012

Licznik odwiedzin:  2 168

Image Hosted by ImageShack.us

Mój kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Znajdź sens

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Vote for Gloomy Angel






zobacz wyniki

Zapisz sie i Ty

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O pamiętniku

Wpisy z pamiętnika Ang Darkness, bohaterki opa na http://Gloomy-Angel.Bloog.pl Inna historia niż na tamtym blogu!

Image Hosted by ImageShack.us
^^

O Autorce

Od 5 lat zajmuje się pisaniem, ktore wychodzi Mi raz lepiej, raz gorzej - najważniejsze jednak, że kocham to robić i wenę mam zawsze, gdy tylko zapragnę.

Księga Słuchaczy

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.11.2008 15:15:09
  • autor: aqldppqThzBvEwkFiXz
  • treść: biB0Xm <a href=&...
Adoptowałam małpkę o imieniu Nephilim.


Dodatki na bloga
GG: 7093521 GG: 7561600

Ogólne

Odwiedziny: 2168
Wpisy
  • liczba: 11
  • komentarze: 41
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Księga gości: 4
Bloog istnieje od: 1670 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 20.01.2012 18:32:50
  • autor: unifiexia
  • punkty: 100
  • treść: What to do with inac...

Lubię to